|
Nagroda St. Leger - kl. Kardinale pod dż. A. Reznikovem
St. Leger
|
Pożegnaliśmy Pana Trenera ... 2009-11-09
Pożegnaliśmy Pana Trenera …
Z dużym trudem przychodzi mi skreślić te parę zdań choć tak łatwo przychodziło mi spisywać Jego wspomnienia. To dzięki nim mogłem zbliżyć się do tego fascynującego Człowieka, stając się zarazem powiernikiem historii Jego Rodziny. Pozostaje dla mnie niedościgłym wzorem do naśladowania jako Człowiek i jako „koniarz”. Myślę, że nie tylko dla mnie – dzięki swoim cechom charakteru oraz pełnej sukcesów karierze wyścigowej wiele osób określa Go słowem „Mistrz”.
Podziwiałem Jego zdolność zjednywania sobie ludzi pogodnym ussobieniem, życzliwością i serdecznością. Poznałem Go w latach 80-tych, gdy zbierałem materiały do pracy doktorskiej mierząc konie w służewieckich stajniach. Z przyjemnością wspominam wizyty w Jego stajni, gdy sławny Mistrz poświęcał wiele uwagi nieopierzonemu adeptowi wyścigów. Dopiero potem, praca w Komisji Technicznej związała nas ze sobą na wiele lat. Jako sędzia wyścigowy pracowałem z wieloma byłymi trenerami i dżokejami. Od nikogo nie nauczyłem się tyle co od Pana Jerzyka. To było moje szczęście a zarazem twarda szkoła i doskonała droga poznania tajników wyścigowego fachu, zarówno jeździeckiego jak i trenerskiego. Dzielił się ze mną uwagami na temat wyścigów, zwracał uwagę na aspekty, których nie byłem w stanie dostrzec, analizował różne kwestie wyścigowe na szerokim tle hodowlanym, mniej lub bardziej cierpliwie słuchał moich interpretacji torowych wydarzeń. Wielokrotnie w ferworze dyskusji zamiast „Panie Trenerze”, zwracałem się do Niego per „Panie Profesorze”, co było przejęzyczeniem związanym z moją pracą na Uczelni, jednak było to bardzo znamienne. U Pana Trenera wywoływało to wesołość jednak dla mnie pozostanie on najprawdziwszym Profesorem, autorytetem, przewodnikiem i wyrocznią w poznawaniu świata wyścigów. Jestem Mu winien wdzięczność za to, czego się od Niego nauczyłem. Serdeczny stosunek Pana Trenera do mnie nie był wyjątkowy. Był przyjacielem wszystkich ludzi, których spotykał na swej drodze, a których zjednywał optymizmem, energią życiową i bezpośredniością. Pozostawiał za sobą rzesze przyjaciół, co wielokrotnie obserwowałem w czasie wspólnych podróży po kraju ale i w środowiskach wyścigowych za granicą. Nikogo nie pozostawiał obojętnym wobec siebie dlatego będzie trwał w pamięci wielu z nas. Miałem to szczęście, że moje kontakty z Panem Trenerem dotyczyły nie tylko sfery wyścigów. Był przyjacielem mojej rodziny, „kibicując” zwłaszcza najbardziej niesfornym jej przedstawicielom. Były to bardzo osobiste i wzruszające kontakty, które pozwoliły mi poznać zupełnie inne oblicze tego pełnego ciepła i dobroci Człowieka.
Wyjątkowy był Jego stosunek do zwierząt. Każdego, nawet drugorzędnego konia trenowanego w swojej stajni otaczał specjalnymi względami, jak ulubionego pupila. Było to uwielbienie dla pięknych stworzeń, lecz także głęboki szacunek do partnerów, którym zawdzięczał tyle sukcesów. Jego opowieści o Kronenkranichu, Zeddanie, Windwurfie, Tannenbergu, Bostelli, Kadyksie, Epikurze, Peary`m, Kadyksie, Taorminie, Darginie, Driadzie, Dersławie, Pawimencie czy wielu, wielu innych koniach, to były opowieści o przyjaciołach, osobach bliskich sercu. Kochał nie tylko konie pełnej krwi. Widziałem, jak zachwycał się końmi także innych ras – w Kętrzynie podziwiał zwaliste ardeny, w Liskach piękne konie trakeńskie... Miłość do zwierząt dotyczyła zresztą nie tylko koni – kochał psy, które przez wiele lat towarzyszyły mu na co dzień.
Po lekturze ostatniego odcinka cyklu „Jerzyk wspomina…” Pan Trener stwierdził, że następne wspomnienie warto poświęcić wpływowi przypadku na przebieg jego pełnej sukcesów kariery wyścigowej. Tego wspomnienia już razem nie napiszemy.
Pozostaje mi być wdzięcznym Losowi, że spotkałem na swej drodze życiowej Pana Trenera Jerzego Jednaszewskiego.
Jacek Łojek
linkor_wyswietl_poz();
|